VII. Z tobą lub bez ciebie


I fear  you are poisened, my own pretty boy, 
I fear you are poisened, my comfort and joy! 
O yes, I am poisened; mother, make my bed soon, 
There's a pain in my heart, and I mean to lie down. 

Irish Folk Song






Tajemnice. 
Tajemnice są wszędzie. Gdzie byś nie spojrzał, ukrywają się, chowają. Czasem cię prowokują. Chcą, abyś zaczął ich szukać. Abyś zaczął widzieć to, czego nie widziałeś przez cały ten czas. Czasem wystawiają cię na próbę. Czy jesteś gotowy, aby je odkryć. 
Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak znajdujesz się w centrum wydarzeń. Chcesz się wrócić ale one ci nie pozwalają. Będą chciały, abyś szła na przód. Abyś torowała sobie jakoś swoją drogę. Szukała. Wierzyła. Szła dalej. Po prostu.
Ale ja nie wiedziałam.  Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, jak mam iść dalej. W jaki sposób. Leżałam na leżaku w ogrodzie i patrzyłam się na chmury, na niebo, wyobrażając sobie, że jestem we Francji. Pomimo tego, iż niebo mogło tam wyglądać tak samo jak tutaj, coś mi nie pasowało. Coś było nie tak.
To niebo nie było to samo. To powietrze także. A ten wiatr, nie był mi znajomy. Wszystko było mi obce. Inne.
Spędziłam już tutaj mniej czy więcej godzinę, przetwarzając wszystko co stało się wczoraj. Na nosie miałam okulary słoneczne, ale w zasadzie nie były mi potrzebne. Słońce tu prawie w ogóle nie świeciło. Odwróciłam się na bok.
Tajemnice. Tak. Nagle zaczęły się pojawiać w moim pięknym, poukładanym życiu. Przez nie zaczęłam zauważać, że wcale nie jestem taka, jaką się znam. Już o tym wspominałam. Wczorajszy dzień mnie zmienił, a może po prostu poznałam moją drugą stronę. Oczywiście. Moje drugie życie. Czas start. 
Starałam się o tym nie myśleć, ale niestety mi to nie wychodziło. Wyobraźnia i tak na dłuższą metę mi nie pomoże. 
Krystian rano wysłał list do Hogwartu, aby mnie zameldować. W końcu jutro jest pierwszy dzień szkoły. Spytałam go dlaczego nie może załatwić tego osobiście, ale on wtedy tylko machnął ręką i powiedział, że tak też się da. Teraz go nie ma. Poszedł do pracy, ale podobno nie na cały dzień, tylko żeby coś wyjaśnić.
Mnie zostawił zamkniętą w jego przepięknej Willi. W południe ma przyjść, przekazać mi listę zakupów i zaprowadzić na ulicę, gdzie będę mogła je kupić. Ts! Jakbym była małym dzieckiem. Jednak zgodziłam się, choćby dlatego, że nie miałam ochoty jeszcze raz jechać tym Błędnym Rycerzem. Co to, to nie. 
Zaraz będzie dochodzić południe. Czyli niedługo przyjdzie. Ojciec. Taaa... 
Biorąc głęboki wdech, odwróciłam się ospale na bok, teraz zamiast nieba widziałam trawę, małą sadzawkę, parę krzewów, kwiaty i żywopłot. W sumie nie byłam pewna, jak mam odebrać Krystiana. Był ... dziwny. Niby miły i starał się, ale coś mi nie pasowało w tym, jak na mnie patrzył. Ja wiem, że w takiej sytuacji można się różnie na kogoś patrzeć. Zwłaszcza na córkę, którą się widzi po raz pierwszy w swoim życiu, jednak zawsze, gdy patrzył się w moje oczy, czułam się nieswojo. Jakbym coś przeskrobała. Jakby mnie nie powinno być. Czy to normalne? Zachowanie i grzeczność mojego ojca stanowczo jeszcze nic nie znaczyły. Nie czułam się przy nim dobrze. Dlatego słusznie, że po pierwszych momentach zachwytu jego domem i tym jedzeniem, które mi postawił, znów oprzytomniałam i przywołałam się do rozsądku. To nie było wszystko. Dlaczego nie opowiedział mi więcej o mojej matce? Może kiedyś była inna, a dopiero później podjęła złe decyzje?O Merlinie. Przecież każdemu może się zdarzyć.
Czym go zachwyciła, co mu się w niej spodobało? Piękność? Humor? Spryt? Cokolwiek. Byle, żeby było to coś dobrego, pozytywnego. Krystian jednak nic mi nie opowiedział i nie odwołał się w żaden sposób do kariery zawodowej mojej matki. A ja przecież chciałam choć trochę dobrze o niej myśleć. Niestety, mój kochany ojciec nie dał mi takiej możliwości.  Dziwne, że to najbardziej mnie denerwowało. 
A przecież mogłabym się bardziej wkurzać o to, iż nie odpowiedział na żadne pytanie, które mu postawiłam. Ale jak każde dziecko chciałam wiedzieć coś o mojej rodzonej matce. Mamie. Mamusi.
Bo wszystko inne prawdopodobnie i tak wkrótce się wyjaśni. Przynajmniej miałam taką nadzieję.
Co się ze mną stało? Zdecydowanie za dużo rozważałam i myślałam. Ach, dość tego!Agnes wstajesz teraz. No już, złaź! – krzyczałam na siebie w myślach. Ja powinnam działać. Szukać. Iść na przód, a nie lenić się na leżaku i użalać się nad moim położeniem i życiowymi turbulencjami. 
Krystiana jeszcze nie było, co znaczyło, iż mogłam trochę poszperać w jego domu. Skoro on nie chciał mi niczego powiedzieć, to ja sama zacznę szukać odpowiedzi. O tak! A co! W końcu obiecałam sobie, że się dowiem, o co w tym chodzi. 
Energicznie wstałam z legowiska po czym zdecydowanie próbowałam zignorować moje zawroty głowy. Popatrzyłam na Pieguska, który leżał skulony pod krzakiem, a po chwili skierowałam się w stronę domu. Kot też tutaj się źle czuje. Ten ojciec... coś ukrywa. A jak ludzie coś ukrywają, to atmosfera jest, lekko mówiąc, spięta. Wszystko jest tak beznadziejnie spięte. Och, tatku, tatku.

*

Harry po kilko krotnym przeczytaniu listu od McGonagall nadał patrzył się na kursywne, charakterystyczne pismo dyrektorki. Chociaż treść znał już na pamięć, nie mógł zrozumieć. Nie mógł pojąć. 
– Harry, co się dzieje? Stoisz już tak od dziesięciu minut –  usłyszał zaniepokojony głos Hermiony. Natychmiast się odwrócił i szybko wepchnął papier do kieszeni. Kasztanowłosa to zobaczyła, zmarszczyła czoło i już chciała coś powiedzieć, gdy Ginny tak samo wyszła z domu. Z kuchni dało się teraz usłyszeć zdenerwowany głos pani Weasley.
– Nie odchodzić mi od stołu! Przecież jemy śniadanie, co to za zachowanie! Proszę mi tu natychmiast wrócić, Ginevro! – 
Rudowłosa zignorowała głos swojej matki i podeszła  bliżej do Harry'ego.
– Od kogo dostałeś ten list? Coś się stało? –  spytała, gdy zobaczyła poirytowany wyraz twarzy swojego chłopaka. Harrzy tylko szybko pokręcił głową i dodał, na pozór obojętnie: –  Nic. Wszystko w porządku. Ech... to Hagrid. Mówi o jakichś nowych magicznych istotach, które wyhodował... każe  was pozdrowić –  wymyślił na poczekaniu, prosząc, aby Ginny mu uwierzyła.
Szybko wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie, po czym pocałował w policzek. Hermiona nadal patrzyła się na niego sceptycznie, z niedowierzaniem. Wiedział, że ją nie jest tak łatwo oszukać. Już otwarła usta, gdy zdążył rzucić jej błagalne spojrzenie i ruszyć głową w bok, aby sobie odpuściła. Gryfonka rozumiejąc, zamilkła i otwierając drzwi do Nory, powiedziała:

– No dobrze, to wchodźmy. Zanim Molly do reszty straci do nas cierpliwość. –  
Ginny, nadal trzymając Harry'ego za rękę, weszła z nim do środka. Głowa pani Weasley, która siedziała tyłem do wejścia, energicznie się odwróciła, mierząc ich wzrokiem.
– No nareszcie! Harry, kochany, co tak długo tam stałeś? Przecież wiesz, jak bardzo tego nie lubię, kiedy się odchodzi od stołu. Poza tym dzisiaj obchodzimy twoje urodziny. Miesiąc temu nie było ku temu okazji –  powiedziała wyrzutnym, lecz dość spokojnym głosem. Harry siedząc znowu przy stole, wymamrotał; –  Przepraszam. To już nie … – 
– Dostał list od Hagrida. Podobno hoduje nowe istoty magiczne. A oprócz tego, co on tam jeszcze pisze, Harry? Dawno o nim nie słyszeliśmy. –  
Uratowała go Hermiona, chociaż teraz musiał ponownie zmyślać. Harry rzucił jej jedno rozdrażnione spojrzenie, natrafiając na błysk w oczach swojej przyjaciółki. Wiedział, że robiła to mniej czy więcej specjalnie. Prawdopodobnie nie podobało jej się to, iż nie chciał powiedzieć Ginny o co chodziło, wtedy przed domem. Ale przecież nawet nie wiedziała co w tym liście jest napisane! – pomyślał zdenerwowany.
– Ehm. Pisze, że ... musimy się niedługo zobaczyć i że... w tym roku dużo osób będzie w stanie widzieć testrale. Wspominał także o... McGonagall! Ma dużo pracy z dalej nie do końca odbudowanym Hogwartem, dlatego to całe opóźnienie z listami... Kazał was wszystkich pozdrowić. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale... chyba znowu wymyślił coś specjalnego na lekcje – powiedział, męcząc się każdym zdaniem. To nie brzmiało zbyt interesująco i pewnie nie tłumaczyło, dlaczego tak długo stał na polu.
– No iście,Harry! Na to wszystko potrzebowałeś tak długo czasu? Starzejesz się, bohaterze – wtrącił George.  Wszyscy zaczęli się śmiać, a to głównie dlatego, że George po raz pierwszy od bardzo dawna wtrącił się w rozmowę i to jeszcze żartem.Albo przynajmniej czymś co można było odebrać jako żart. 
Harry rozluźnił się trochę i popatrzył na Hermionę uśmiechniętą, ale nie śmiejącą. Patrzyła w swój talerz. W jej oczach widział iskry ciekawości. Będzie musiał jej powiedzieć, to było pewne. A jak jej, to także Ronowi. Już z mniejszym apetytem zabrał się za skończenie swojego śniadania, myśląc jak odwdzięczy się za to wszystko swojej nowej dyrektorce. 

*

Wparowałam do domu. Powitał mnie przyjemny chłód. 
Jednak nie miałam zamiar  odpoczywać i zachwycać się wystrojem. W końcu to tylko wystrój. Tylko meble. Rzeczy. Nie warto było się nimi zachwycać Za to warto było  poszukać. Może nareszcie znajdę odpowiedzi, kto wie? 
Krystiana nie było w domu. Idealna okazja, aby sprawdzić. Dowiedzieć się. Dojść do czegoś. W końcu nie na sentymenty przyjechałam do mojego ojca. Fakty. To ich szukałam. Potarłam ręce, aż wyzwoliłam przyjemne ciepło. 
– No to do roboty – wyszeptałam. 
Nawet nie zastanawiałam się, gdzie mogłabym rozpocząć moje poszukiwania. Od razu, jakby automatycznie popędziłam do ściany, na której wisiały fotografie jednej i  tej samej dziewczyny. Podeszłam tam i zaczęłam się im przyglądać. Każda fotografia była magiczna. Wszystkie były oprawiona w niepowtarzalnie piękne ramki. Żadna nie była taka sama, ktoś musiał starannie je dobrać. Kpiący uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Krystian. Oczywiście. Zatem mój ojciec miał słabość do pięknych rzeczy. I bardzo dobry gust – usłyszałam cichy głos w mojej głowie. Przewróciłam oczyma. 
Ale przecież nie stałam tu po to, aby podziwiać idealnie zachowaną estetykę. 
Kim była ta dziewczyna na zdjęciach i kim była dla Krystianka, skoro miała przywilej zajmować całą jego salonową ścianę?
Patrząc się tak na te wszystkie ujęcia, mój wzrok zatrzymał się szczególnie na jednym: dziewczyna była zasłonięta stertą grubych książek. Widać było tylko czubek jej głowy, który po chwili znikał. Zdjęcie było oprawione ciemno zielonym passpartout. Na nim, w lewym boku było coś napisane. Gdy odszyfrowałam cyferki, zdałam sobie sprawę, iż ta dziewczyna na pewno nie mogła być jego córką, ponieważ wszystkie te zdjęcia najwyraźniej były dosyć stare. Zaczęłam obliczać, aż w końcu doszłam do wniosku, że mogło chodzić o jakąś dziewczynę z jego młodzieńczych lat. Tak, to już naprowadzało mnie na niezły trop.

Skoro to była dziewczyna, którą poznał w szkole… 

Widocznie dużo musiała dla niego znaczyć, jeżeli wciąż tutaj wisiała i to w takim nakładzie. Gdzieś w moim umyśle zaczęła się tworzyć także kolejna myśl, ale na razie nie mogłam jej do siebie dopuścić. Potrzebowałam dowodów, a nie wniosków mojej wyobraźni. Szybko rozejrzałam się wkoło. Aha. Pod ścianą stała dosyć duża komoda, wydawała się stara i antyczna. Ale jak już mówiłam, zaczęłam coraz mniej zwracać uwagę na takie szczegóły. Nie to się teraz liczyło.
Chwyciłam za artystyczny, żelazny uchwyt i otworzyłam pierwszą szufladę. I co zobaczyłam? Listy, a raczej koperty. Wypełniały całe wolne miejsce i wszystkie były otwarte i puste. Co to miało znaczyć? Zaczęłam w nich grzebać, a szelest papieru rozniósł się po całym pomieszczeniu. Następnie wzięłam kilka do rąk, aby przeczytać adres. Nie zdziwiłam się gdy dostrzegłam imię i nazwisko ojca. A gdzie podziały się listy z przydatną treścią? Co jeszcze, koperty były w różnych kolorach. Nie które blado czerwone, zielone, niebieskie i kilka żółtych. Większość jednak była normalna. Biała. Każda z tych kopert była otwierana w pośpiechu, widać to było po ich naderwanym papierze.
Zawiedziona, i trochę zła, zamknęłam szufladę i otwarłam drugą. Tam znalazłam tylko stare wydania Proroka Codziennego, a także Czarownicy. To mój ojciec czyta takie rzeczy? Prychnęłam kpiną. Przecież to czytały tylko kobiety, na dodatek te, które były strasznie żądne plotek i skandali. Nie za bardzo byłam napalona do przeglądania tych stosów. Moim zdaniem były tylko i wyłącznie napakowane bzdurami i kłamstwami. Postanowiłam więc powrócić do nich, kiedy naprawdę nic nie będę mogła znaleźć, co raczej nie uważałam za prawdopodobne. Gdzieś, coś zawsze musi...
Nagle usłyszałam skrzypnięcie drzwi, szybko odwróciłam się za siebie i odetchnęłam, gdy zobaczyłam, że był to tylko Piegusek. Przewróciłam oczyma, wyśmiewając się w duchu. Właśnie wszedł do domu przez lekko uchylone drzwi i w drodze do mnie zamiauczał zrezygnowaniem i smutkiem. Tak, ten kot był niezwykle emocjonalny. Popatrzyłam się na niego ze zrozumieniem, odgarnęłam kosmyk włosów i westchnęłam.
– Spokojnie. Niedługo zwiewamy do Hogwartu. Mi też tu nie jest dobrze –   wyszeptałam. Tylko skąd mogłam wiedzieć, czy w Hogwarcie będę czuć się lepiej. A tak z drugiej strony, to po co ja w ogóle miałam tam iść? Nie lepiej by było dać sobie po prostu spokój i wrócić do domu? Nie. Tak nie mogłam myśleć. 
Oczywiście, były to bardzo kuszące myśli, ale nie mogłam brać ich na poważnie. W końcu jak inaczej się czegoś dowiem? Nawet gdybym znalazłs coś ciekawego w tym domu to i tak na pewno wszystkiego nie wyjaśni. A przecież ojciec nie chce mi nic powiedzieć. W najgorszym przypadku zostaje jeszcze przecież kochany braciszek śmierciożerca. No tak, Agnes, ale to przecież Draco Malfoy! 
Zmarszczyłam czoło i podrapałam się po nosie. Malfoy czy nie Malfoy, na każdego człowieka jest jakiś sposób! Tak mawiała moja mama. Ehm. Zirytowana powróciłam do obecnej sytuacji.
Trzeba było doprowadzić do końca to, co się zaczęło. Czyli przeszukiwania. Szybko odwróciłam się z powrotem do komody i zauważyłam, że po moim impulsywnym grzebaniu w pierwszej szufladzie coś z niej wyleciało i znajdowało się teraz na drewnianej podłodze. Schyliłam się po osamotnioną kopertę, chcąc ją schować tam gdzie jej miejsce. Nie zrobiłam tego jednak, gdy w oczy rzucił mi się adresat. Tak, tak, mój ojciec, ale czy aby na pewno?

Krystian Rookwood
Wielka Sala, Slytherin
Hogwart


Uniosłam do góry brwi. Rookwood? Ale on ma przecież na nazwisko Melphis! Teraz to już w ogóle zaczęłam się gubić. Ten list musiał dostać ładnych parę lat temu, skoro był zaadresowany do Hogwartu. Na dodatek gdzieś już słyszałam to nazwisko, jednak nie byłam w stanie sobie przypomnieć gdzie i kto lub co było z nim powiązane. Zaczęłam wytężać swoje szare komórki i doszłam do wniosku, że Krystian musiał z czasem zmienić nazwisko na inne, ale po jakiego pioruna to zrobił, tego już nie wiedziałam. Na Merlina. Ja NIC nie wiedziałam. – zaklęłam w duchu. 
Slytherin. To prawdopodobnie musiał być jeden z tych czterech domów, do których przydzielali uczniów. Nie wiedziałam o nich dużo, tylko tyle, iż każdy z nich miał jakieś cechy, które najbardziej cenił. Odwaga, mądrość, czy jakoś tak. Szczerze mówiąc nie podobał mi się ten system, w Beauxbatons kompletnie inaczej to się odbywało, no ale cóż. Krótko zastanawiałam się, czy ojciec zauważyłby, gdybym tą kopertę po prostu schowała sobie do kieszeni, uznałam to jednak za zbyt ryzykowne. Zerknęłam jeszcze raz na nazwisko i starałam się je zapamiętać. Alors, dam radę. 
A teraz następne szufladki.
W trzeciej znalazłam… właściwie w pierwszej chwili nie potrafiłam określić co. Przez chwilę wpatrywałam się na zawartość, aż w pewnym momencie zdołałam zidentyfikować zawartość. Zaschnięte płatki róż. Nie mogłam się powstrzymać od kolejnych przekleństw. Co one robiły w komodzie i po co były potrzebne Krystianowi? Poczułam się jeszcze bardziej bezradna, niż to w ogóle było możliwe na moje standardy. On jest facetem, do diaska! Po co mu zaschnięte płatki róż! 
Dobra. Wypuściłam powoli powietrze z ust, siląc się na spokój.  Czwarta szufladka.  Tu  zrobiło się bardziej ciekawiej. 
Klucz. Leżał sobie sam, w świecącej pustką, czwartej szufladzie. Wzięłam go do ręki i obejrzałam dokładnie. Niby zwyczajny, ale coś mi się zdawało, że krył w sobie więcej tajemnic niż by się wydawało. Wstałam i rozejrzałam się jeszcze raz po pokoju, zastanawiając się do czego mógłby pasować. Po chwili jednak wydało mi się to zbyć dziecinne i zaczęłam myśleć w inny sposób. Nie miałam  przecież tak dużo czasu, aby znaleźć to co otwiera ten klucz. A i tak nie było pewne, czy w tym co otwiera, znajduje się coś dla mnie przydatnego. Może następna komora z zaschniętymi kwiatami? Kto mógł to wiedzieć, przy tym dziwnym człowieku, z którym musiałam dzielić informacje genetyczne. Nie. Musiał być inny sposób, aby dostać się do informacji. Pense, pense, pense! Gdzie ktoś mógłby przechowywać swoje tajemnice? Tak, to już jest, jak desperacko próbuję się  coś wymyśli  co w normalnym przypadku zdawałoby się takie proste. Moja siostra kiedyś napisała w swoim pamiętniku, (który przypadkiem miałam okazję przeczytać) że czasem trzeba  przestać myśleć zbyt skomplikowanie, a jeszcze raz przejść najprostsze …
Czekaj, czekaj!  PAMIĘTNIK! To jest to! Prawie podskoczyłabym z radości. Szybko wyjęłam swoją różdżkę.
– Accio pamiętnik Krystiana! – zażądałam z uśmiechem na twarzy. 

*


Komentarze

Popularne posty